Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upadły Anioł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upadły Anioł. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 28

- Mogę tutaj z wami zostać? Nie chce żeby mnie wysyłali do Rose kiedy taka jest.
- Czemu mieliby cię do niej wysyłać? – zapytałem siadając przy wygasłym już ognisku.
- Bo nikt nie chce się do niej zbliżać. Każdy się jej boi. – zachmurzył się i przyciszył głos jakby w obawie że zrobię mu krzywdę jeśli powie coś co mi się nie spodoba. – Wszyscy dobrze wiedza że nie jest teraz sobą. Nikt jej osobiście za nic winić nie będzie. Kiedy na nią patrze – głośno przełknął ślinę – to tak jakbym patrzył na Philipa w jej ciele. Czy to możliwe?
                Westchnąłem i spojrzałem na Dawida niepewny jakiej udzielić odpowiedzi. Dawid spuścił wzrok i po raz pierwszy nie zobaczyłem w nim nieprzystępnego i twardego (oraz bardzo ale to bardzo denerwującego) gościa tylko bezradnego i wystraszonego chłopaka. Musze przyznać że poczułem się trochę lepiej, nie dlatego że cieszyłem się że nie okazał się taki wspaniały na jakiego pozował ale dlatego że ja też czułem się tak jak on i nie byłem już osamotniony. Poczułem że mimo naszych różnic jesteśmy tacy sami, mało doświadczeni wojownicy pod rządami silniejszych od nas osób, i że nasze życie jest jedną wielka komedią, lub dramatem, ewentualnie jednym i drugim. Giorgio i Dawid: komedia dramatyczna. Nie wiem czy ktoś byłby chętny do obejrzenia tego w kinie. Ja sam bym nie chciał tego oglądać nawet jeśli by mi dopłacali ale niestety jestem chyba głównym aktorem w tym gównie.
                Spojrzałem ponownie na Chrisa i zupełnie tak jak kiedyś dostrzegłem w nim dziecko. Zrobiło mi się go bardzo szkoda. Lubił Rose i w jakiś dziwny sposób był z nią połączony. Nie rozumiem tego bo ja sam z nikim nigdy nie byłem tak połączony, ale cóż, wszystko przede mną.
- Kiedy Rose wyssała moc z Philipa to było tak jakby wyssała z niego dusze…której nie powinien mieć jeśli dobrze pamiętasz lekcje. – zrobił zamyśloną minę więc podjąłem swoją wypowiedź – Anioły Ciemności nie maja duszy. Dlatego tak długo żyjemy. Człowiek żyje około 80 lat i umiera kiedy jego dusza jest pełna, kiedy doświadczyła już wszystkiego co jej zostało przypisane. My Anioły Ciemności nie mamy duszy która może się w nas rozwijać i która uczyni z nas śmiertelnych. Ale też dzięki braku duszy możemy rozwijać swoje ukryte moce.
- Ale nie każdy ma moc.
- Większość ma, a jeśli nie ma mocy to ma przynajmniej ukryty dar. – wtrącił się Dawid.
- Dokładnie. Każdy w swoim czasie odkrywa swoja najmocniejszą stronę.
- A Rose? – wtrącił szeptem Chris.
- Nasza moc jest odpowiednikiem naszej duszy. Kiedy tracimy moc – umieramy. Tak się stało z Philipem. On rozwijał swoje moce karmiąc je złem które w nim było co sprawiło że jego moce były tak samo złe jak on, były częścią jego zła. Rosalie wyssała jego moc i przez przypadek ta moc weszła w nią sprawiając że po części jest Philipem.
- To odrażające. – przez ciało Chrisa przeszedł dreszcz. – Co się stanie kiedy odbierzecie moc Rose? Czy ona umrze?
                To było kolejne pytanie na które nie chciałem odpowiadać. Było zbyt trudne żebym nawet sam przed sobą, sam w swoich myślach odpowiedział na nie.
- Są dwie opcje – odpowiedział ostrożnie Dawid – pierwsza jest taka że zabierzemy jej moc i w jej miejsce wróci jej ludzka dusza dzięki czemu dożyje swoich 85 lat siedząc na werandzie z gromadką wnuków ale jest też opcja druga czyli taka że jej dusza zginęła a ona jest prawdziwym Aniołem Ciemności, wtedy umrze.
- Nie możecie jej zabić – Chrisem wstrząsnął spazm i po chwili na policzkach ukazały się łzy -  Giorgio nie możesz jej zabić.
- Bardzo bym chciał żeby ta opcja pierwsza była tylko możliwa ale jest pół na pół. I dobrze wiesz ze nie możemy jej ignorować, mój ojciec nie pozwoli aby chodziła sobie wolno i knuła przeciwko całemu światu. Myślę że takie samo podejście mają w Niebie -  na te słowa Dawid przytaknął głową.
- A nie możecie oczyścić jej z zła? Tak żeby była znowu sobą ale żeby nie było obawy że umrze. – Chris patrzył to na mnie to na Dawida.
- Szczerze to nie wiemy czy jest taka opcja.
- Rose nie ma rodziny, została całkiem sama. Możliwe że nie chce żyć całą wieczność z myślą że jest sama na świecie. – wtrącił Dawid.
- Nie jest sama, ma nas. – Chris szeroko się uśmiechnął ale po chwili mina mu zrzedła i znowu w oczach pojawiły się łzy.
                Kilka godzin później Chris zasnął i wcisnęliśmy go do mojego śpiwora. Zostałem sam z Dawidem patrząc na ciemniejące słońce. Sam już nie wiem jaka opcja byłaby dobra. Rosalie żyjąca jako człowiek czy Rosalie jako Anioł.
                Szukałem o niej różnych informacji. Ojciec opowiedział mi o tym że Rose musi być moim potomkiem. Ojciec nie był święty co raczej dziwne nie było i zadawał się z śmiertelnymi kobietami, dopiero później poznał moją matkę Eve. O naszym pokrewieństwie świadczy nazwisko „Black” oraz to że miała połączenie z kamieniem.
                Nie wiem czy powinienem mieć z nią kontakt po uratowaniu jej a teraz nagle wychodzi minimalna opcja że może być już zawsze Aniołem.
                Zanim to wszystko się wydarzyło przejazdem w naszym zamku zatrzymała się pewna Anielica która podobno doskonale radziła sobie z odczytywaniem aur Aniołów i ludzi. Zobaczyła mnie a później Rosalie i następnie złapała mnie na korytarzu informując że moja aura i aura Rosalie są do siebie bardzo podobne i pewnie bylibyśmy szczęśliwi. Szkoda tylko że chyba nie została poinformowana że muszę być sam i to tak długo aż ojciec nie wyrazi zgody na to abym się zakochał i nie zechce mieć wnuków. Dopóki on żyje nie mam prawa decydować sam o sobie. To chyba drugi największy ból w moim życiu.
                Pierwszym oczywiście jest to że muszę cały czas zmagać się ze złem które siedzi we mnie. Żaden Upadły Anioł nie zmaga się z czymś takim. Nikt nie rozumie tej ciągłej walki przy każdej decyzji. Czasami uda mi się zagłuszyć to wszystko jakąś ambitną rozmową lub zajęciem głównie siłowym.
- O czym myślisz? – odezwał się Dawid wyrywając mnie z rozmyślań.
- Nie powiem ci. – spojrzał na mnie krzywo – moje myśli są zbyt cenzuralne abym mówił je na głos.
- Oczywiście – odparł z sarkazmem. – Co zrobimy? Z Rose?
- Na razie róbmy to co mieliśmy w planach, a później się zobaczy. Zgoda?
                Kiwnął głową i spojrzał w stronę śpiącego Chrisa. Przez dłuższą chwile nie odrywał od niego wzroku aż w końcu wyczuwając mój wzrok na nim odwrócił się z pytającą miną. Pokiwałem głową z uśmiechem.
- Dopiero dorósł prawda?
- Tak. Nawet nie zauważyłem kiedy a miałem się nim opiekować.
- Myślę że dobrze się spisałeś – jeszcze raz na niego zerknął. – Nie boi się. Sam tutaj przyleciał a chyba nawet ja bym tego nie zrobił będąc tak młodym Aniołem jak on.
- Ile już żyjesz? – moje pytanie wystraszyło go ale szybko się opanował i odpowiedział spokojnie.
- Tyle samo co ty. Urodziłem się w ten sam dzień, o tej samej godzinie.
- Cóż, pewnie mnie nienawidzisz. Dobrze wiem że wtedy wszyscy interesowali się mną. Nikogo nie obchodziło to że się urodziłeś.
- Wielkie dzięki – spuścił głowę tylko po to żeby ją za chwile podnieść z nieśmiałym uśmiechem – ale masz rację, nikt nie zauważył że moja matka rodzi i została z tym całkiem sama. A dobrze wiesz że w tamtych czasach porody nie były łatwe, czasami były wręcz niemożliwe i kobiety bez pomocy umierały albo umierało dziecko.
- To znaczy że twoja matka nie żyje?
-Tak. Wychowywał mnie Philip.
                Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami. Czy to możliwe żeby Philip wychowywał go jak swojego syna. Dawid jakby czytając mi w myślach mówił dalej.
- Dobrze wiesz że był dobry dopiero później pragnienie władzy wygrało. Jako Anioł Światłości decydował o wielu sprawach ale zaczął popełniać błędy. W Niebie każdy jest traktowany bardzo surowo, więc wyrzucili go z tego stanowiska które było dla niego wszystkim. Starał się je odzyskać ale nic z tego nie wyszło. Zwątpił we wszystko i przeszedł na ciemną stronę.
- Dlatego jesteś znany w Niebie.
- Nie do końca. Później zajął się mną sam Bóg. To już było coś wyjątkowego.
- Jesteś tutaj dlatego że Rose ma moc Philipa? – ściszyłem głos.
- Zostałem tutaj wysłany i dostałem rozkaz rozwiązania tej sprawy nawet jeśli kosztem tego będzie śmierć Rosalie.
- Ale jeśli ona umrze przez ciebie to nie oznacza to przemiany w Upadłego Anioła?
- Prawdopodobnie właśnie tak to się zakończy. – westchnął i spojrzał w szare niebo.
- I tak łatwo się z tym godzisz? – przez dłuższą chwilę nie odpowiadał mi.
- To już zostawmy na kiedy indziej.

                Nie naciskając rozpaliłem mocniej ognisko i przysunąłem się bliżej niego. Po dłuższej chwili Dawid wbił się w swój śpiwór obiecując zamianę za kilka godzin. 

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 27

Ech wybaczcie że długo nic nie było ale miałam egzaminy w szkole a do tego kurs i kiedy wracałam do domu nie miałam siły nic pisać. Wiem że rozdział krótki i szczególnie mało ciekawy...takie flaki z olejem...ale pisałam kilka zdań i miałam dość...
Za ewentualne błędy również przepraszam.
Miłego czytania. 




- Nie, nie, nie. Niestety nie jestem gotowy na takie ryzyko. Mam przejąć władze po ojcu, nie mogę się prowadzać z Aniołem i to z Nieba. Jeszcze Anielice by może przeżyli ale Anioł? Nie.
- Nie wiemy jaka będzie reakcja tego napoju.
- Dawid obudź się. Chcesz żebyśmy się w sobie zakochali? Bo ja nie.
- Ja też nie chce – westchnął – ale masz lepszy pomysł?
                Odetchnałem głęboko. Zdenerwowany uderzyłem pięścią w kamienną ścianę. Uderzyłem trochę zbyt mocno i odłamki kamienia uderzyły Dawida w rękę, który tylko spojrzał na mnie i pokręcił lekko głową.
- Dobrze już. – odezwałem się po dłuższej chwili – Zrób nam ten napój.
- Musicie mi dostarczyc pewną roślinę.
- Jaką i gdzie ją znajdziemy? – podszedłem bliżej Dawida.
- Musicie polecieć do Opuszczonej Krainy. W sam jej środek. Rośnie tam wielkie drzewo, które raz do roku kwitnie. Zbierzcie kwiaty razem z łodygami i dostarczcie mi je. O reszcie porozmawiamy kiedy wrócicie.
- Dobrze a kiedy to drzewo ma kwitnąć? – odezwał się Dawid.
-Tego nie wiem. Może dzisiaj, może za tydzień…może za kilka mieięcy. Jeśli drzewo przygotowuje się do kwitnięcia to jego pień zaczyna świecić coraz jasniej. – uśmiechnęła się przebiegle i nagle znikąd pojawił się między mna a Dawidem wielki plecak. – To wam się przyda.
- A co to? – szturchnałem plecak nogą.
- Namiot i dwa śpiwory.
- Czy możemy dostac jeszcze jeden namiot? – zapytał Dawid z nadzieją.
- Przykro mi ale nie. Dostajecie właśnie szanse na zaprzyjaźnienie się.
                Westchnałem i rzuciłem plecakiem w Dawida. Rozwinąłem skrzydła i po chwili blondasek zrobił to samo. Wokół nas wzbiła się chmara pyłu i znaleźliśmy się przed wielkim kamieniem dzięki któremu znaleźliśmy się u Heiry.
                Bez słowa wzbiłem się w powietrze co uczynił również Dawid.
- I co teraz?
- Jak to co? – odpowiedziałem – Lecimy do wielkiego drzewa.
                Dawid wzruszył ramionami i ruszyliśmy.
                Przez dłuższy czas nie odzywaliśmy się do siebie. Lecieliśmy w pewnej odległości od siebie. Raz nawet mineliśmy kilku strażników z zamku, którzy tylko dziwnie się na nas spojrzeli co bardzo mi się nie spodobało i postanowiłem że zapamiętam ich twarz żeby po powrocie zwolnić ich za te krzywe spojrzenia.
- Jak myślisz…duży ten namiot? – Dawid spojrzał na mnie a ja tylko pokręciłem głową.
- Nie mam pojęcia. Módl się żeby był. Nie mam zamiaru się do ciebie tulić w nocy.
                Po kilku godzinach męczącego lotu znaleźliśmy drzewo o którym była mowa. Wielki i gruby pień przerażał nawet nas. Wielkie i zielone gałęzie mogłyby pomieścić domek jednorodzinny a sam pień mógłby być czteropiętrowym blokiem mieszkalnym. Rozbiliśmy swój mały obóz na małym wzgórku tak aby doskonale widzieć drzewo.
                Po dokładnej obserwacji obaj uznaliśmy że pień się lekko świeci ale pewnie spędzimy tutaj kilka ładnych dni.
                Wyjąłem pudełeczko do którego jeszcze w zamku wsadziłem ciastka i poczęstowałem Dawida. Zamyśleni obserwowaliśmy teren wokół nas i musze z przykrością przyznać że nie ma tutaj nic. Pustynia, kilka suchych krzaków i ani jednej żywej duszy.
                Rozpaliłem małe ognisko aby się ogrzać ponieważ słońce przestało tak mocno świecić i zrobiło się szarawo. Mimo tego że nasze słońce świeci tutaj cały czas to oddala się lub chowa za mgłą i wtedy umownie nazywamy to nocą.
                W tym samym czasie Dawid rozstawił namiot który nie był duży ale wbrew naszym obawom nie był tez całkiem mały.
                Musze przyznać ze czuje się przy nim bardzo dziwnie, nie wiem o czym mam z nim rozmawiać. Nie jestem typem osoby której łatwo nawiązuje się kontakty. A on nie wydaje się być przyjemny mimo swojego całkiem przyjemnego wyglądu…matko co ja gadam. Przyjemny wygląd..ha..haha.hahahahha. Dobra chyba jestem już strasznie zmęczony i nawet nie kontroluje swoich myśli.
- Masz rodzine tam w Niebie? – jak widać nie kontroluje też języka.
- Nie. – wyciągnął dłonie do ognia i ogrzewał jej.
- Jesteś sam? Czy może masz jakąś Anielice? – zamknij się cymbale.
- Jestem całkiem sam. Dlatego jestem teraz tutaj. Nikt inny nie chciał się podjąć tego wyzwania.
- Nie jest ci smutno? Tak samemu?
- A ty? – spojrzał na mnie.
- Co ja?
- Też jesteś sam. Możesz się z kimś związać tak na całe życie? Nie – odpowiedział za mnie.
- Mogę, i ty też możesz.
- Ale tylko z Anielicą. Ty możesz z człowiekiem, z Aniołem Światłości i Ciemności.
- Zawsze możesz zostać Aniołem Ciemności jeśli złamiesz zasady.
- Tak – zaśmiał się – myśle że to by była zbyt duża afera.
- Dlaczego?
- Nie chce się chwalić ale jestem dość znany w Niebie.
- Czym sobie zasłużyłeś na… - z oddali dobiegły nas wycia i jęki.
                Obaj stanęliśmy na baczność gotowi do walki. Rozejrzeliśmy się w poszukiwaniu wroga. Z wschodu majaczyły czyjes sylwetki. Kulały i wydawały dźwięki bólu i cierpienia.
- Co to do cholery jest?
- Nie mam pojecia. – odpowiedział mi Dawid.
                Kiedy te dziwne postacie podeszły do nas bliżej okazało się że są to Anioły które przez Trujący Wiatr zmieniły się w Anioły pragnące śmierci. Po raz pierwszy zobaczyłem zatraconych. Spojrzałem na Dawida który po chwili wysunął swoje skrzydła i ruszył do walki. Nie chcąc być gorszym zrobiłem to samo. Powaliłem jednego na ziemię i złapałem drugiego za podarte i brudne ubrania, które podpaliłem. Uciekał z krzykiem nie mogąc się ugasić. Dawid złapał jednego za gardło i usłyszałem jak krztusi się wodą.
                Złapałem kilka patyków i podpaliłem ich końce a następnie rzucałem nimi w przeciwników. Dzieki krzykom podpalonych reszta uciekła. Dla bezpieczeństwa wzbiłem się w powietrze aby rozejrzeć się za ewentualnymi nieproszonymi gośćmi.
- O tym nas ta wiedźma nie poinformowała – wylądowałem obok Dawida i otrzepałem skrzydła a następnie je schowałem.
- Nie musiała. Nie pytaliśmy więc nie mówiła. Jak na czarownika przystało.
                Rozdzierająco ziewnąłem i żegnając się z moim towarzyszem wszedłem do namiotu i zakopałem się w śpiwór. Mam nadzieję że długo nie będę musiał tu siedzieć, chyba nie muszę mówić że jest tu nie wygodnie.
                Rano nie znalazłem Dawida ani w namiocie ani przed nim. Po dłuższym rozglądaniu się znalazłem go latającego wysoko nad drzewem. Po dłuższej chwili podleciał do mnie.
- Zauważyłem kilka zabawnych kwiatów na samym czubku ale nie dotykałem ich. Są bardzo malutkie. Niestety musimy poczekać jeszcze kilka dni. Wytrzymasz?
- Nie mam wiekszego wyboru.
                Obaj szwędaliśmy się nie mogąc znaleźć sobie zajęcia aż pojawił się Chris. Wróciłem przed namiot.
- Co ty tutaj robisz?
- Dowiedziałem się że gdzieś jesteście w tej okolicy a mam coś ważnego do powiedzenia.
- Coś się stało? –Dawid wylądował obok mnie i uważnie przyglądał się Christianowi.
- Mamy Rose. Dymitr złapał ją. Nie było łatwo, oboje byli podrapani a ich ubrania…cóż zostały z nich tylko strzępy.
- I co?
- Zamknęliśmy ją w celi.
- Nie możecie jej tam trzymać. – wybuchnąłem krzykiem.
- Nigdzie indziej nie możemy – Chris lekko się skulił i odsunął ode mnie.
- Jest pilnowana? – odezwał się Dawid.
- Tak ale…
- Ale co?
- Nie chce nic jeść ani pić. Powiedziała że woli umrzeć chociażby z głodu.
                Odwróciłem się do Dawida. Nie mam bladego pojecia co mam zrobić, nie mogę pozwolić żeby coś jej się stało.
- Dawid musimy szybciej działać.
- Nie nakrzycze przecież na drzewo żeby szybciej zaczęło kwitnąć.
- Wiem to! Wiem! – krzyczałem z nerwów i bezsilności.

                Nie pozwole jej skrzywdzić, nigdy.