Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarownicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarownicy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 29

Bardzo ale to bardzo cieszę się, że czytacie i komentujecie. Tak bardzo poprawiacie mi dzień.
Wiem że powinnam wrzucać rozdziały częściej ale jestem okropnym leniem, strasznym wręcz. Gdyby karali za lenistwo dostała bym najgorszą karę albo nawet dożywocie. 
Ciesze się, że siostry Adams powróciły do świata żywych. 
Dziękuje bardzo: Sylka Popenda, Alallalaal Tulus, nothing at all, Katy13, Ciemność Zło i Ami Dreamer oraz qiwlu innym osobom za podnoszące na duchu komentarze. 
Miłego czytania. :) 



Trzy dni później na największym drzewie w Podziemiu rozkwitły małe kwiatki które zebraliśmy razem z Dawidem i Chrisem a następnie udaliśmy się w długą podróż powrotną do Heiry.
- Jak się do niej dostaniemy? – zagadałem Dawida.
- Tak jak poprzednim razem.
                Widząc, że nie ma ochoty na rozmowy odsunąłem się troche od niego i wzbiłem się ponad nich. Jak miło znowu poczuć wiatr między piórami. To szczęście przepełniające moje wnętrze… nie jestem pewny czy powinienem czuć cos tak dobrego. W końcu nie należe do Aniołów Światłości, nie jestem dobrym chłopakiem który przeprowadza staruszki na drugą stronę ulicy. Pomimo mojej walki z wewnętrznym złem nie mogę mianowac się jako dobra osoba. A mimo to czuje się taki szczęśliwy. Czy każdy Anioł czuje to samo co ja?
                Spojrzałem na chłopaków lecących poniżej. Nie wyglądali na tak przejętych jak ja. Może oni potrafia się lepiej kontrolowac niż ja. Nigdy nie powiedziałem że jestem najlepszy na świcie.
                Wzbiłem się jeszcze wyżej i zrobiłem kilka obrotów wokół własnej osi, nastepnie złożyłem skrzydła po bokach i runąłem głową w dół tylko po to żeby rozwinąć skrzydła i z głośnym śmiechem radości powtórnie wzbic się jak najwyżej.
                Śmiałem się nadal kiedy obok siebie poczułem Dawida. Zerknąłem na niego.
- Nie patrz tak na mnie. Nie czujesz tego?
- Czego? – odparł naburmuszony.
- Tego. – rozłozyłem ręcę i wystawiłem twarz na wiatr – To taki cudowne uczucie.
- Zachowujesz się jakbys leciał pierwszy raz w życiu.
- Po prostu jestem szczęśliwy i uwielbiam latać.
                Prychnął tylko ale nie odsunął się ode mnie.
                Po raz drugi wylądowaliśmy obok wielkiego kamienia. Dawid miał rację, dostaliśmy się do Heiry tak samo jak wcześniej. Przywitała nas ozięble i zaprowadziła to niewielkiej kamiennej komnaty.
                Pod jedną ścianą umieszczony był piec w którym palił się ogień, na palenisku wisiał mały kociołek w którym coś bulgotało. Na środku został umieszczony drewniany stół ale nie było nigdzie ani jednego krzesła. Pod kolejną ścianą stał regał, a w nim różnego koloru i różnego kształtu fiolki. Jedne były pełne a inne puste.
                Przekazaliśmy czarownicy mieszek z kwiatami. Bez słowa podeszła do paleniska i wrzuciła kwiaty do kociołka.
- Byłam przygotowana na to że się dzisiaj pojawicie. – zamieszała w kociołku i komnatę wypełnił mocny, wbijający się w nozdrza zapach. Złapała za jeden z większych flakoników i nalała do niego wywar który zrobiła. Miał lekko różowy kolor. Podała go Dawidowi który podziękował jej cicho.
- Nie pijcie tego tutaj. Obaj musicie przemyśleć czy jesteście gotowi na takie ryzyko. Tak jak wczesniej mówiłam nie wiem czy to zakończy się przyjaźnią czy miłością ale jest to jedyny sposób na uratowanie tej waszej głupiutkiej ludzkiej kobiety.
                Zacisnąłem zęby i bez słowa wyszedłem aby w tumanie piasku i małych kamieni zanleźć się przed kamieniem.
- Czemu tak nagle wyszedłeś? Mógłbyś zachowywać się trochę uprzejmiej. Wystarczyło zwykłe dziękuję.
- Nie pozwole żeby ktoś źle mówił i Rosalie. – odburknąłem Dawidowi zaciskając pięści.
                Pokręcił głową i spojrzał na flakonik. Obejrzał go dokładnie z każdej strony a następnie schował do kieszeni płaszcza.
                Wszyscy wzbiliśmy się w powietrze i ruszyliśmy do zamku. Kilka bardzo długich godzin później weszliśmy do Sali Tronowej. Na wielkim czarnym tronie, obitym czerwonym materiałem siedział mój ojciec, Lucyfer.
- Słyszałem, że wybrałeś się razem z naszym gościem w podróż. – odezwał się władczym tonem.
- Tak, ojcze. – ukłoniłem się nisko, Dawid skinął głową ale zrobił to z należytym szacunkiem. Na szczęście Chris został przed salą bo strażnik ojca nie pozwolił mu wejść.
- Jaki był cel waszej wyprawy?
- Odnaleźliśmy Heirę która wykonała dla nas magiczny napój dzięki któremu mamy nadzieję uratować Rosalie.
- Czarownikom się nie wierzy! – ryknął i przez dłuższą chwilę jego głos odbijał się echem od ścian. – Co to za napój? – wyciągnął dłoń w moją stronę a ja spojrzałem na Dawida.
- Ten napój pozwoli nam się zaprzyjaźnić dzięki czemu uda nam się połączyć moce aby zniszczyć moc która wdarła się do niewinnej śmiertelnej. –odezwał się Dawid.
- Ten napój nie zadziała – wysyczał Lucyfer. – A połączenie mocy nie będzie możliwe ani teraz ani nigdy. Nie ważne czy się polubicie czy znienawidzicie. Połączenie mocy nie jest możliwe.
- Dlaczego, ojcze? – zacisnąłem mocno szczęki aby nie krzyczeć z wściekłości.
- Aby połączyć moce należy być bardzo potężnym Aniołem, a takie smarki jak wy nic nie osiągnął.
- Nie docenia nas pan. – odparł spokojnie Dawid.
                Ojciec uśmiechnął się krzywo a następnie wyciągnął w naszą stronę rękę. Spomiędzy jego palców zaczęła wypływać jakaś ciemna ciecz która wolno sunęła do nas po czerwonym dywanie, oplotła nam kostki i zaczęła się coraz mocniej zaciskać, wbijając igiełki zimna. Wyrywałem się ale nie przynosiło to żadnych efektów, ciemna ciecz zaczęła oplatać moje łydki. Kiedy po raz kolejny wbiły się w moją skórę igiełki upadłem na kolana krzycząc z bólu. Spojrzałem w lewo i dostrzegłem że ciemna ciecz owija Dawida już do pasa. Ledwo oddychał i z całych sił starał się zachować przytomność. Przysunąłem się bliżej do niego i złapałem go za dłoń, w myślach przekazałem mu że nie może się poddać. Kiedy byłem młodszy ojciec kilka razy ukarał mnie w ten sposób. Kiedy traciłem przytomność, budziłem się kilka tygodni później z ranami po oparzeniach które nie chciały się zagoić. Widząc jak Dawid się męczy przesunąłem dłoń na ciecz i wypuściłem małą kulę ognia. Pokręcił lekko głową dając znak że to nie działa załamałem się. W tym samym momencie ciecz otaczając mnie przesunęła się aż do klatki piersiowej uniemożliwiając mi swobodne oddychanie. Dawid krzyknął z bólu i zobaczyłem że macki cieczy dotykają go po szyi zostawiając małe czerwone ranki.
                Spojrzeliśmy sobie w oczy i z poczuciem siły, która była naszą rezerwą, wystawiliśmy w swoją stronę otwarte dłonie a następnie wystrzeliliśmy wiązkę mocy, która po zderzeniu się ze sobą utworzyła małą kulę zmieniającą kolory. Ciecz rozprysła się po całej podłodze i ścianach. Ostatkiem sił spojrzałem na ojca i jego uśmiech.


                Otworzyłem oczy. Leżałem w swojej sypialni, na krześle obok łóżka drzemał Dymitr. Ostrożnie podniosłem się.
-  Połóż się. – na brzegu łóżka nie wiadomo skąd pojawiła się Isabella. -  Jak się czujesz? – przyłożyła swoją dłoń do mojego czoła. – Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłeś aż tak zmęczony.
- Już mi lepiej. – rozejrzałem się po komnacie żeby przypomnieć sobie wszystkie ostatnie wydarzenia – Co z Dawidem?
- Też leży. Chris z nim teraz jest. Twój ojciec prosił żebyście do jutra nie wstawali.
- Czemu nam to zrobił?
- Zrobił to specjalnie. – z krzesła podniósł się Dymitr. – On nienawidzi czarowników.
- To prawda. – do komnaty weszła Eve. Moja matka jak zwykle wyglądała fantastycznie, długie czarne włosy powiewały przy każdym jej ruchu, czarne oczy patrzyły na mnie z typową matczyna miłością. Usiadła na wolnym krześle najbliżej łóżka podwijając lekko długą suknie w beżowym kolorze z zielonymi wzorkami. – Twój ojciec nie lubi czarowników – odezwała się łagodnie – chciał znaleźć inny sposób na połączenie twojej mocy z mocą Dawida. I jak widać udało się wam.
- Chcesz powiedzieć że połączyliśmy swoje moce?
- Tak syneczku – pogłaskała mnie po dłoni – ale jesteście za słabi żeby uratować śliczną Rosalie. Musicie jeszcze trochę poczekać z akcją ratunkową.
                Położyłem się na miękkich poduszkach i zamknąłem oczy.
                Połączyliśmy swoje moce. Możemy uratować Rosalie. W końcu cos nam się uda.

                Bezwiednie uśmiechnąłem się. 

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 26

Przepraszam ze tak długo nic nie było ale kompletny brak czasu i zero weny, dosłownie zero. Siadałam do pisania i pustka w głowie. 
Przepraszam. 




Od dobrych pięciu minut szturchał mnie w udo, ale postanowiłem udawać ze nie istnieje więc nie reagowałem.  Niestety on nie przestawał. Zdenerwowany dotknąłem jego dłoni i poparzyłem.
- Aua no co ty mi robisz?
- Zgiń, przepadnij.
- Nie. – uderzył mnie książką w głowe. – Spójrz co znalazłem.
- Pewnie znowu nic ważnego.
- Nie koniecznie.
                Uniosłem się na łokciach i wymownie na niego spojrzałem. Nudziło mnie to.
- No mów. Nie mam zamiaru czytać ci w myślach.
- Nawet nie próbuj. – Pogroził mi palcem. – Mam tutaj wzmiankę o czarownikach.
- Czarownikach? – zainteresowany podniosłem się i przybliżyłem do niego zaglądając mu przez ramię do księgi.
- Tak. Nie mów że nie wiesz o czarownikach i o Opuszczonej Krainie?
- Chodzi o to że ci co tam mieszkali narazili się czarownikom a ci ich pozabijali?
- Nie – westchnął – nie do końca. Opuszczona Kraina była połączona z Podziemiem, ale Upadłe Anioły które tam mieszkały cały czas kłóciły się z czarownikami a ci zdenerwowani zesłali na nich Trujący Wiatr. – uformowałem z dłoni buzie którą ruszałem kiedy Dawid mówił, a sam sobie pod nosem powtarzałem „bla bla bla” – Słuchaj mnie! Trujący Wiatr w większości zabił Anioły ale ci najsilniejsi zamienili się w zatraconych.
- Tak tak. Nie ważne. Konkretów chce a nie opowiastek.
- Czarownicy mogą nam pomóc.
- Jak? –westchnałem.
- Doszliśmy do tego że musimy połączyć nasze moce żeby uratować twoją ukochaną.
- Nie jest moją ukochaną. – przerwałem mu.
- Sami sobie nie poradzimy. – udał że mnie nie usłyszał. – A czarownicy się na tym znają.
- Więc chodźmy do nich. Im szybciej tym lepiej.
- Tylko to może kosztować. Nie wiem co będę chcieli za to. Możliwe ze dużo kasy, ale też przysługa, która wcale nie będzie łatwa do zrealizowania.
                Zagryzłem wargę. Nigdy nie poznałem żadnego czarownika. Ojciec zawsze powtarzał że są nikim w porównaniu do nas i nie musimy się z nimi zadawać. Kiedyś jak byłem całkiem mały słyszałem jak ojciec krzyczał w Sali tronowej na jednego czarownika ale nie podsłuchałem o co chodziło bo musiałem iść do zbrojowni a następnie na treningi. Potem o tym incydencie zapomniałem. A teraz temat czarowników powraca. To źle że o nich nic nie wiem. Teraz Dawid będzie się chwalić swoja wspaniałą wiedzą na temat czarowników, ich zwyczajów i o ich mocach. No nic tylko iść się powiesić skoro znowu mam wysłuchiwać jego mądrości.
- Nie ważne jaka cena. Chyba warto nie? – spojrzałem na niego.
- Może i tak. – jeszcze raz przejrzał kartki i z hukiem zamknął książkę. – No to jutro rano wyruszamy. – wstał, odszedł na kilka kroków i wysunął skrzydła, które były dziwą odskocznią od zewsząd widzianych czarnych skrzydeł. Wzbił się w powietrze i odleciał pod okno swojego pokoju, stanął na parapecie i wskoczył do pokoju jednocześnie chowając skrzydła.
                Ja sam podniosłem się i otrzepałem z trawy. Wolnym krokiem ruszyłem w stronę zamku, następnie jak skazaniec wchodziłem po schodach, a w swoim pokoju rzuciłem się na łóżko. Tak bardzo liczyłem na spokojne zycie zaraz po pokonaniu Philipa a tu taka niespodzianka. Mogliśmy zabrać Rose ten kamień zamiast pozwolić jej go nosić. Przecież tam była potężna moc.
                Ale następnym razem takiego błędu nie popełnie. „Ale pewnie popełnisz setke innych”.
- Och zamknij się. – zrugałem sam siebie.
                Następnego dnia bardzo wcześnie rano Dawid wkroczył do mojej sypialni rzucając we mnie moimi ubraniami. Bezczelny człowiek. Włazi jak do siebie, grzebie w moich rzeczach i jeszcze we mnie nimi rzuca i drze się nad uchem że mam wstawać.
- Dobra wyluzuj. – podniosłem się z łóżka i spojrzałem na niego zaspany – wstałem widzisz? – odczekałem chwili i znowu zakopałem się pod kołdre.
- No bądź poważny. Giorgio mówie serio, wstawaj. Im szybciej ruszymy tym lepiej. – wsadził rękę pod kołdre i ciągnął mnie za noge.
                Spojrzałem na niego zdezorientowany i wyrwałem noge z jego uścisku. Pokazałem mu ręką że ma odejść a on wyciągnął dłoń nad moją głowe i chlusnął zimną wodą. Zerwałem się z krzykiem. Przez nieostrożność zaplątała mi się noga w prześcieradło i łupnałem głową o podłoge.
- Ała, ła – usiadłem i zacząłem masować sobie głowe.
- Trzeba było wstać od razu – podszedł do mnie i przyłozył mi zimną dłoń do głowy.
- Nie dotykaj mnie. – wyrwałem się i chwiejnym krokiem ruszyłem do łazienki.
                Stanąłem przed lustrem i zrobiłem minę jakbym miał się rozpłakać. To jego wina. Tylko i wyłącznie jego.
- Przyniosłeś mi jakieś śniadanie? – wyszedłem z łazienki i rozejrzałem się. – Co ty zrobiłeś?
- Posprzątałem. – spojrzał na mnie jak na wariata.
- A ktoś cię o to prosił? Sprzataj w swoim pokoju. – podszedłem do niego, przytknąłem palec do jego szyi i poparzyłem go. Syknał z bólu ale szybo złagodził go przykładając zimną dłoń.
- Nie bądź nie miły.
- Będę. Nie sprzataj mi w pokoju. Nie wiem gdzie ty tam sobie mieszkasz w Niebie ale my tutaj mamy pokojówki wiesz? To ich praca. – dotknąłem dłonią poduszke i czując że jest mokra wysuszyłem ją. – To masz to śniadanie dla mnie?
- Nie mam. Nie mamy czasu na jedzenie.
- Może ty nie masz. – spojrzałem na niego z pogardą i wyszedłem trzaskając drzwiami, następnie udałem się do kuchni i porwałem kilka ciepłych bułeczek, które szybko znalazły się w mojej buzi, popiłem sokiem i do plastikowego pudełeczka schowałem również ciepłe jeszcze ciasteczka. Zadowolony ruszyłem do wielkiej sali gdzie zastałem Dawida lekko zirytowanego.
- Zjadłeś już swoje sniadanie.
- Zjadłem. Nawet nie wiesz jakie było dobre. Żałuj.
- Nie mam zamiaru. A teraz proszę rusz się co?
                Wywróciłem oczami i ruszyłem za nim.
- Daleko to? – odezwałem się po godzinie lotu.
- Nie mam pojęcia – zmarszczył brwi.
- Czyli zgubiliśmy się tak?
                Zrobił niewinna minę a ja w nerwach trąciłem jego skrzydło swoim. Co za bałwan.
- No zrób coś no. Ty powinieneś wiedzieć gdzie lecimy, gdzie jesteśmy i  w ogóle powinieneś wszystko wiedzieć.
- A ty to co?
- Nico. – zniżyłem lot i wylądowałem na wielkim głazie. Usiadłem na nim i westchnąłem. – Co teraz zrobimy?
- Poszukajmy jeszcze trochę. Szukamy dopiero godzinę, a zgodnie z mapą jaką znalazłem w bibliotece powinniśmy być już na miejscu.
- A widzisz żebyśmy byli na miejscu? Tu nic nie ma. NIC!!
                Mój głos rozszedł się echem, a głaz na którym siedziałem zatrząsł się. Ze strchu zeskoczyłem z niego i przyjąłem pozycję bojową. Kątem oka dostrzegłem że Dawid zrobił to samo. Wokół kamienia ziemia zrobiła się czarna a na środku kamienia wyryły się runy.
- Emm Dawid co to oznacza? – podszedł do mnie bliżej i przekrzywił głowę w bok.
- Przyłóż dłoń do tego napisu.
- Ale czemu? Nie. Weź bo pochłonie mnie jeszcze albo coś.
- Nie bądź głupi. – złapał mnie za dłoń i przyłożył ją do kamienia i obok mojej przyłożył swoją.
                Kamień rozłupał się na pół. Spojrzeliśmy na siebie z Dawidem i weszliśmy w okrąg. Czarny piasek wzbił się w powietrze tworząc osłonę wokół nas, po chwili piasek sam zapalił się żywym ogniem i nim mrugneliśmy okiem staliśmy w wielkiej grocie.
- Gdzie jesteśmy?
- Weszliście tu i nawet nie wiecie gdzie jesteście? – Tajemniczy kobiecy głos odbił się echem od kamiennych ścian.
- Kim jesteś? – odezwał się Dawid.
- Kim wy jesteście?
- Ja jestem Dawid a to jest Giorgio.
- Giorgio? – tuż przed nami pojawił się cień kobiety, która nadal była dla nas ukryta.
- Tak. Jestem synem Lucyfera.
- Doskonale wiem kim jesteś.
                Kobieta zrobiła dwa kroki do przodu i pokazała nam się w pełnej krasie. Była wysoka, bardzo szczupła z wyraźnymi kobiecymi krągłościami. Miała na sobie długą aż do kostek suknie w kolorze fioletowym. Kiedy podeszła jeszcze bliżej okazało się że suknia prześwituje ale ona nie wydawał się być ani odrobinę skrępowana w porównaniu do nas.
- Jestem Heira. Czego tutaj szukacie?
- My – odchrząknąłem – my szukamy czarowników. Potrzebna nam ich pomoc.
- Ja jestem czarownikiem…
- Chyba czarownicą – wtrącił Dawid.
- A jestem niska i zgarbiona? Mam purchawe na nosie? Jestem brzydka? – zgromiła go spojrzeniem  - Tak myślałam że nie. W czym mam wam pomóc?
- Chcemy nauczyć się łaczyć naszą moc.
- W jakim celu? – wolnym krokiem obeszła nas, dokładnie nam się przyglądając.
- Podobno to jedyna szansa na uratowanie kogoś.
- Czyżby tej słynnej Rosalie? Tak słyszałam o niej –dodała widząc naszą minę – każdy chyba słyszał. Została „legendą” chociaż nie rozumiem czemu.
- Uratowała Podziemie.
- Czym? Swoją mocą, urodą a może mądrością? Kamieniem który następnie użyła na sobie. Głupszej osoby nigdy nie spotkałam.
- Przecież jej nie spotkałaś – Dawid zwrócił jej uwagę.
- Ty też nie. – stanęła z nim twarzą w twarz.
- Nie ważne. Pomożesz nam czy nie?
- Giorgio. Syn Lucyfera prosi mnie o pomoc. Tego się nie spodziewałam.
- Ja też się tego nie spodziewałem.
- Nie pomoge wam. – zdenerwowany spojrzałem na Dawida który wzruszył tylko ramionami. – Bo tu nie ma w czym pomóc. Jest pewien sposób na połączenie waszych mocy. Musi połączyć was uczucie. Inaczej nic z tego nie wyjdzie.
- Liczy się nienawiść? – zapytałem z nadzieją.
- Nie. Albo miłość, albo prawdziwa przyjaźń.
- Ha, żadne z tych nie jest możliwe.
- Mów za siebie. – Dawid spojrzał na mnie.
- Ja wiem że jestem taki wspaniały że jestes w stanie się we mnie zakochać ale wybacz będzie to uczucie bez wzajemności.
- Mówiłem o przyjaźni.
                Wywróciłem oczami i zacząłem chodzi po grocie. Przecież nigdy go nie polubie. Jest wyniosły, sztywny i do tego to mądrala.
- Jest też sposób żeby wam pomóc. – odezwała się Heira tak jakby czytała mi w myślach. – Jest pewien proszek z którego mogę sporządzić napój który wam pomoże. Tylko jest jedno małe ale.
- Jakie? – odezwaliśmy się z Dawidem chórem.
- Nie wiadomo czy po wypiciu go tylko się polubicie, możliwe jest nawet zakochanie się w sobie.

                Załamałem ręce i oparłem się o ścianę.